Czy masz na to czas?

Czasem – bardzo rzadko, ale jednak – kiedy mam czas, by siąść i po prostu porozmyślać, nachodzi mnie refleksja – dokąd ten świat zaszedł? W pędzie codziennego życia nie mamy czasu na to, w ogół czego rozwijała się nasza cywilizacja – na jedzenie.

Przez setki, jeśli nie tysiące lat, ludzie większość swego czasu poświęcali na zdobycie, przyrządzenie, przechowanie i wreszcie na konsumpcję pożywienia. Niedostatek powodował, że stale szukaliśmy sposobów na to, jak efektywniej pozyskać i przechować jedzenie. Zeszły wiek był w tym zakresie (przynajmniej jeśli chodzi o cywilizację zachodnią) zdecydowanie przełomowy. Udało nam się zabezpieczyć podstawową potrzebę dostarczenia organizmowi składników odżywczych. Większość obywateli nie musi już zastanawiać się nad tym, co wsadzi do gara.

Pierwsza i druga rewolucja przemysłowa wywołała zapotrzebowanie na rzesze pracowników najemnych, którzy specjalizowali się w konkretnych zajęciach, wykonując je za konkretne wynagrodzenie. Pieniądze te mogli wydać na co chcieli, czyli w praktyce na zaspokojenie podstawowych potrzeb (jedzenie, ubranie, mieszkanie). Spowodowało to bardzo dużą urbanizację i odpływu ludności z terenów wiejskich. Rosnąca mechanizacja rolnictwa nie wymagała już tylu pracowników rolnych, którzy byli potrzebni w zakładach produkcyjnych. Był to początek konsumpcjonizmu, którego skutki odczuwamy po dziś dzień.

W momencie gdy ludzie zaczęli zarabiać pieniądze, a później generować ich nadwyżki (np. oszczędzając lub zarabiając więcej), zaczęła nakręcać się spirala pożądania. Nie wystarczy już mieć co założyć na siebie by okryć się przed zimnem – teraz trzeba wyglądać! Dawniej (np. przed drugą wojną światową) jedna para butów niejednokrotnie noszona była przez całą wielodzietną rodzinę, która pokonywała ogromne odległości, by dotrzeć do najbliższej piekarni, urzędu czy kościoła. Teraz coraz rzadziej chodzimy gdziekolwiek na piechotę, czy chociażby korzystamy z transportu publicznego, jest przecież aplikacja w telefonie! Kiedyś jedna izba zapewniała schronienie całej familii, dzisiaj dla rodzin 2+1 potrzeba wielkich willi lub apartamentów. Długo by wymieniać…

Żyjemy w czasach, gdzie prawie wszystko jest elementem naszego wizerunku. Musimy mieć skończone studia, fajną pracę (żeby tylko, trzeba robić karierę!), grupę znajomych, super auto, modne ciuchy, jeździć na zagraniczne wakacje, mieć wystrzałową partnerkę/partnera, bywać w modnych miejscach, mieć niebanalne hobby, uprawiać sport, dbać o włosy, skórę i paznokcie, robić milion rzeczy… byleby mieć kolejną okazję by wrzucić nowe super foto do social media i zdobyć milion „lajków” od ludzi, których może nawet nie widzieliśmy na oczy, albo spotkaliśmy ostatnio kilka lat temu.

Siedzę tak sobie w deszczowy wieczór z laptopem na kolanach i zastanawiam się jak ja… jak my, my wszyscy, daliśmy się wplątać w ten cały kołowrotek bycia zaje… Przychodzi mi do głowy jeden znany cytat: „Chodzimy do pracy, której nie lubimy, kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, by zaimponować ludziom, których nie lubimy, udając kogoś kim nie jesteśmy”. Dodałbym jeszcze, że jemy byle co, byle szybciej i z byle kim, byle ładnie, byle tanio, byle drogo, byle ekskluzywnie, byle wyglądało zdrowo, byle tylko wrzucić zdjęcie na insta…

Znacie to? Jestem pewien, że jeśli nie wy, to macie pełno znajomych, którzy tak robią. Ja się pytam po co?
Czym jest posiłek w dzisiejszych czasach? Kiedyś był uwieńczeniem długiej walki o strawę. Traktowano go z szacunkiem, a zaproszenie do wspólnego stołu było oznaką szacunku lub łączących nas więzi. Jeszcze niedawno wspólne śniadanie, obiad czy kolacja były spoiwem, które łączyło rodziny. Czasem wymiany opinii i poglądów, czasem nawet kłótni. Co nam z tego zostało? Coraz częściej niewiele. Może czasem zjemy jeszcze z kimś kolację, spotkamy się z rodziną przy świątecznym stole, jednak większość je samotnie. Pędzi do pracy, na spotkanie czy zajęcia fitness. Je w biegu dzieląc swą samotność z pasażerami autobusu lub współpracownikami na stołówce. Mało kto gotuje w tygodniu. Zamiast zrobić sobie kanapkę do pracy lub przyrządzić coś na przegryzkę korzystamy z usług „Pana Kanapki”, fast foodów na dowóz, a co bardziej świadomi (i majętni) z usług cateringów dietetycznych.

Mam wrażenie, że goniąc za kolejnym deadlinem czy targetem tracimy coś ważnego. Może warto więc zrobić cywilizacyjny krok w tył, wstać wcześniej i zjeść śniadanie z żoną, mężem, dziećmi, współlokatorem czy rodzicami? Albo zwyczajnie zebrać się w weekend w kuchni i ugotować wspólnie obiad? Może wówczas stanie się coś niesamowitego, i czas, którego ciągle nam brakuje, nabierze prawdziwej wartości?

Tagi: